czwartek, 9 stycznia 2020

A może frytki do tego?

Przypominam, że we wpisach nie pojawiają się moje przekonania i poglądy.
Jeżeli ktoś zawitał tu po raz pierwszy, proszę, przeczytaj najpierw Założenia.


Jakiś człowiek właśnie podchodzi do bezdomnego, który leży nieprzytomny w rowie. Upewniwszy się, że bezdomny oddycha, nieznajomy próbuje nawiązać z nim kontakt, ale bezdomny nie odpowiada. Przechodzień wyciąga telefon i roztrzęsionym głosem zgłasza, że ktoś stracił przytomność. Jak nazwiecie tego człowieka? Mianem bohatera? A może opiszecie go jako wzór do naśladowania? Nic mi do tego. Ja nazwę go idiotą.
Oj, oj, jaki nieczuły drań ze mnie! Fe!
Już? Nawrzucaliście mi do woli? Świetnie.
Tak, uważam, że większości bezdomnym nie powinno się udzielać pomocy — materialnej, finansowej, medycznej — żadnej! Niewielką grupę zdarzyło mi się wspierać, ale to nieliczne jednostki w morzu gówna.
Och, jakże śmiałem uznać jednego człowieka za bardziej wartościowego od drugiego? Faszysta! Nazista! Coś jeszcze? Bo ostatnio takie inwektywy są modne, kiedy nie zgadzamy się ze stanowiskiem drugiej osoby, choć może nie nadążam za nowinkami. Jeżeli macie chęć, napiszcie ten potok bluzgów, a ja się dokształcę.
Ad rem. Na pewno każdy z nas był kiedyś dzieckiem i przynajmniej część z Was miała to szczęście, że jakiś czas żyła w błogiej nieświadomości. Zapewne niektórym wydawało się, że ludzie są dobrzy, życie sprawiedliwe, a rzeczywistość przyjemna. Nie inaczej było ze mną.
Na widok bezdomnych nie krzywiłem się, jak to teraz czynię, tylko z uśmiechem pytałem mamy, czy da im pieniądze, bo na pewno są głodni. Dziwiłem się, że mama zamiast pieniędzy, dawała im jedzenie. Teraz dziwię się, że tym śmieciom dostawało się cokolwiek.
Nie od razu doszedłem do tak radykalnych poglądów.
Byłem dość sceptyczny już w czasie praktyk na studiach, kiedy przez jeden semestr wyrabiałem je w ośrodku, gdzie pomagano bezdomnym. I to nie podopieczni tej instytucji mnie do tego skłonili. To raczej brak tych podopiecznych sprawił, że powoli inaczej traktowałem tę biedną, wykluczoną grupę społeczną.
Nie wiem, może to kwestia miasta, w którym mieszkam, ale po praktykach, kiedy próbowałem dowiedzieć się, jak sytuacja wygląda w innych tego typu miejscach, zorientowałem się, że w każdym ośrodku jest tak samo. Najbardziej zapełniony miał zaledwie połowę podopiecznych.
Wierzcie mi, szukałem informacji w różnych ośrodkach — państwowych, prywatnych, katolickich — i wszędzie pustki. Nie musiałem długo szukać odpowiedzi ani poświęcać godzin na przemyślenie tej kwestii — żeby zostać przyjętym, trzeba być trzeźwym.
Okrutna tyrania. Wyobrażacie sobie — żeby zacząć normalnie żyć nie można chlać. No jak tak można? Trza zmienić te nieludzkie przepisy!
A może jesteście ciekawi, jak wyglądają takie ośrodki? Są naprawdę różne. W najgorszym, jaki odwiedziłem, pościel pamiętała czasy PRL-u, niektóre meble również. Ale. Pokoje były ogrzewane, na miejscu bieżąca woda, a w pokoju wspólnym książki, telewizor, jakieś gry planszowe. Nie było tragedii. Wiadomo, z prywatnością ciężko w takich miejscach, ale nie dziwię się pracownikom tych placówek. Muszą bawić się w detektywów, prokuratorów i sędziów równocześnie. Kowalski wrócił naćpany? Ma przy sobie wódkę? Zrobi burdę? A potem użerają się z delikwentami...
Z biegiem lat zacząłem snuć nieśmiałe przemyślenia. Skoro po próbach samobójczych ludzie ciągani są po psychiatrykach i to wbrew woli (Art. 23 Ustawy o ochronie zdrowia psychicznego), to dlaczego tym śmieciom nie wszywa się disulfiramu (dawniej esperalu)? Czym jest disulfiram? Magiczna odpowiedź na chęć sięgnięcia po alkohol. Już po dziesięciu minutach masz gwarantowanego najgorszego kaca-mordercę.
Nie rozumiem tego. Jedni, którzy targnęli się na swoje życie, mają ograniczone prawa, a drudzy, którzy wielokrotnie są brani przez karetkę i nie zmieniają swojego sposobu postępowania, co wskazuje, że raczej im na życiu nie zależy, są głaskani po główce i wypuszczani, jak tylko biedniutcy wyzdrowieją. Noż kurwa! Może jeszcze frytki do tego?!
Spotkałem kilku ludzi, których też to irytuje, ale nie dają żadnego rozwiązania. Mówią:
— Tak, to nie powinno tak być, ale co można zrobić? No przecież pomóc trzeba.
Nie.
A co jeśli powiem Wam, że wcale nie trzeba?
Potwór ze mnie, co? Trudno. Możecie tak o mnie myśleć, ale nie chcę już więcej patrzeć na matkę, która zakrwawiona czeka na tomografię komputerową, jest jej kolej, ale musi przepuścić zaszczanego, obsranego, walącego spirytusem śmiecia. A potem jeszcze dezynfekcja maszyny...
Na szczęście matuli nic nie było i ten czas oczekiwania jej nie zaszkodził, ale krew mnie zalała, że taki śmieć jest przyjmowany przed moją matką.
Wiecie co? To okrutne i doskonale wiem o tym, ale nie obchodzą mnie takie ludzkie śmieci. Niech zdychają. Oglądaliście ten swego czasu słynny dokument o bezdomnych? Gdzie pełni dumy i pychy mówili, że są jak karaluchy? Że przetrwają wszystko, bo najlepiej przystosowali się do trudnych warunków? Nie? Żałujcie. Mój wniosek z tego filmu jest jeden — karaluchów nie leczy się na NFZ i ich też nie powinno się.
Co w takim razie proponuję? Nic. Mam kilka rozwiązań, ale nigdy nie wejdą w życie, bo przecież w bełkocie prawnym nie przejdzie zapis w stylu: Kto wielokrotnie został zgarniany z ulicy i leczony na koszt podatników, a nadal jest bezdomny i niezdolny do opłacenia rachunków, powinien umrzeć na poboczu. Tak myślę, ale wiem, że to nigdy, przez żadnego polityka ani działacza, nie zostanie zaproponowane.
Szkoda. Naprawdę wielka szkoda, bo to tylko uczy, że można być bezkarnym. Te śmiecie, niegodne miana człowieka, nadal będą chlały, srały pod siebie, ruchały się z innym elementem, a może nawet dopuszczały się czynów karalnych, a kiedy powinny zdechnąć, ktoś na siłę będzie próbował hamować selekcję naturalną.
Czy jestem złym człowiekiem? W moim przekonaniu — nie. Jeśli kogoś okoliczności doprowadziły do tego, że jest zmuszony mieszkać na ulicy, ma setki, o ile nie tysiące różnych instytucji (domów, urzędów, organizacji, fundacji), które pomogą mu w tej trudnej sytuacji.

piątek, 13 grudnia 2019

Rośliny też czują ból!

Przypominam, że we wpisach nie pojawiają się moje przekonania i poglądy.
Jeżeli ktoś zawitał tu po raz pierwszy, proszę, przeczytaj najpierw Założenia.


Jestem weganką. Nie, nie studiuję prawa i nie, nie trenuję crossfitu. Ha, ha. Słyszałam ten tekst... nawet nie wiem ile razy.
Trochę boli mnie to wyobrażenie wojujących wegan i weganek. Nie mam w zwyczaju kłócić się z każdym napotkanym człowiekiem, którego zauważę z produktami pochodzenia zwierzęcego. Jestem świadoma, że tą postawą jedynie zniechęciłabym ludzi.
Dziwna to sprawa, że jeszcze nigdy osobiście nie spotkałam się z takim zachowaniem, ale wierzę Wam na słowo, że na takie egzemplarze również można trafić. Nie będę ukrywała, że staram się być orędowniczką niektórych postaw, ale nie robię tego w sposób nachalny.
Jeżeli jestem ze znajomymi mięsożercami, nie obrzydzam im posiłku. Nie ma takiej potrzeby. Najczęściej to oni zaczynają rozmowę na temat naszych różnych koncepcji żywieniowych. To oni bombardują milionami argumentów, którymi chcą mnie przekonać do zmiany stanowiska. Co dziwne, kiedy bronię się i odpowiadam kontrargumentami, zarzucają mi zaślepienie ideologiczne i bycie nawiedzoną... Fajnie, nie? Na szczęście poza tym są w porządku i miło spędzam z nimi czas.
Dlaczego nie daję się przekonać? Sądzę, że każdy, kto przeżyłby to, co ja, miałby wstręt do mięsa. Może nie zrezygnowałby całkiem, ale nie wierzę, że niechęć (przynajmniej na jakiś czas) nie pojawiłaby się.
Moi dziadkowie — niestety — mają gospodarstwo rolne i nie zajmują się tylko uprawą roli. Hodują też zwierzęta. A raczej w barbarzy... Wybaczcie.
Od dziecka uwielbiałam wszystkie żyjące istoty. W domu mieliśmy kota, chomiki, ryby i papugi. Krzyczałam, kiedy ojciec chciał zabić pająka; kiedy z rozpędu zabiłam komara, rozpaczałam, a później urządzałam mu pogrzeb.
Dopóki byłam nieświadoma, czas spędzany u dziadków był najwspanialszy! Mogłam biegać po polach i lasach, a przede wszystkim mogłam spędzać czas ze zwierzątkami. Uwielbiałam odwiedzać króliczki, koniki, świnki, kurki... Właśnie — kurki.
Miałam swoją ulubienicę, która zawsze mi towarzyszyła, kiedy tylko wychodziłam na podwórko. Babcia pozwalała mi nawet zabierać przyjaciółkę na najdalsze piesze wojaże (czyli do linii drzew najbliższego lasu, żeby mogła mieć mnie na oku), bo wiedziała, że kurka-Alinka mnie nie opuści.
Nie będę budowała napięcia, bo zapewne większość z Was już i tak się domyśliła. Przy niedzielnym rosołku poznałam prawdę — właśnie pożarłam zupę z Alinki.
Od tego dnia toczyłam wojnę z rodzicami o niejedzenie mięsa, a do dziadków już nie chciałam jeździć na wakacje.
Tak... to w skrócie historia początku mojej przygody z weganizmem. Z czasem byłam coraz bardziej świadoma, na więcej rzeczy zwracałam uwagę i teraz wydaje mi się, że mogę powiedzieć, że decyzję nieświadomą podjęłam w dzieciństwie, a z biegiem lat tylko utwierdzałam się w tym spojrzeniu na świat.
Skoro wytworzyliśmy tak rozwiniętą cywilizację, zdawać by się mogło, że powinniśmy być w stanie ograniczyć tę prymitywną potrzebę niewolenia i zabijania innych istot. Nie powinnam dziwić się wielkim korporacjom, że tak postępują, bo skoro pojedyncze jednostki nie potrafią wykazać choć odrobiny empatii, to co dopiero wielkie przedsiębiorstwa, prawda?
Czy istnieje sposób, żeby przekonać ludzi do moich poglądów? Co smutne — nie. Próbowałam wszystkiego i naprawdę rzadko udaje mi się uzmysłowić ludziom zalety tego stylu życia.
Staram się nikogo nie oceniać, ale to naprawdę trudne. Jeśli ktoś ma do wyboru produkty, w wytworzeniu których zwierzętom musiano zadać ból i śmierć albo takie, które w sposobie produkcji nie mają tak okrutnych praktyk i mimo to wybiera pierwszy rodzaj, to co mam o takiej osobie myśleć? Powstrzymuję się przed oskarżeniami, ale trudno nie reagować choćby poprzez próbę edukacji takiej osoby.
To, co teraz napiszę, może zabrzmieć niepoważnie, ale proszę, przeanalizujcie to. Musicie mi uwierzyć, że mam doświadczenie w dyskusji z najróżniejszymi osobami i wiem, czego unikać. Możecie się śmiać, ale najlepiej unikać badań naukowych. Jestem w stanie przytoczyć przynajmniej kilkanaście naukowych opracowań, które dowodzą, że człowiek jest w stanie żyć bez produktów odzwierzęcych i że dobrze to wpływa na organizm, a moi oponenci oczywiście posiłkują się przeciwnymi badaniami. Kto ma rację? Nie wiem. Nie jestem naukowcem. I chyba nawet nie chcę być, bo — jak widać — nauka nie powinna być dłużej uznawana za obiektywną. Skoro nie mogę podpierać się nauką, to co mi pozostało? Sumienie. Czyli coś, czego ludzie coraz rzadziej słuchają.
Nie będę odnosiła się do brutalnych filmów, które krążą po sieci. Z tego, co wiem, w Polsce takie metody odchodzą w zapomnienie. Oczywiście nikt nie pomyśli, dzięki komu stało się to rzeczywistością... Do rzeczy.
Ilu z Was ma psa, kota, chomika, rybki, papużki? Nie, nie będzie to argument w stylu: Czemu jedne kochacie, a drugie jecie — przeglądam internety i wiem, że jest on wyśmiewany, przez co nie trafia do nikogo. Dobrze... Skoro większość z Was ma albo miało kiedyś zwierzę, to czy nie zdarzyło Wam się pomyśleć: Mój [wstaw imię pupila] rozumie tyle samo co ludzie albo Ale mam mądrego zwierzaka!; zdarzyło Wam się, prawda?
Wyobraźcie sobie, że nie tylko Wasze pupile są mądre, zdolne do empatii i nie tylko one kochają, tworzą więzi. Większość zwierząt hodowlanych jest  do tego zdolnych. Myślicie, że taka krowa, która całe dnie spędza w oborze, nie rozumie, że inne krowy, które wychodzą, już nigdy nie wracają? Pewnie, że zwierzęta rozumieją!
A teraz przypomnijcie sobie z historii ludzkości takie wydarzenie, w którym ludzie doskonale wiedzieli, że po wejściu do pewnego pomieszczenia z gazem, czekała ich śmierć. Dlaczego wobec człowieka jesteście zdolni do empatii, a uczucia zwierząt ignorujecie? Wiele jest filmów, w których zwierzęta hodowlane tuż przy ubojni podejmują ostatnie próby uwolnienia się — czego to dowodzi? Są świadome nieuchronności losu. Instynkt samozachowawczy nakazuje walkę albo ucieczkę, a co na to człowiek? Przeklinając pod nosem, irytuje się, że ta kupa mięcha się rzuca. Odrażające.
Przez cały ten wywód próbowałam panować nad emocjami, ale wiecie co? Powiem Wam, co mnie najbardziej irytuje. A właściwie jaki argument doprowadza do szewskiej pasji.
Dawniej były dwa, ale ten: Bóg stworzył zwierzęta, żeby te służyły ludziom, zaczyna mnie bawić. To na pewno ja jestem nawiedzona?
Na następny nie wytworzyłam jeszcze żadnego systemu obronnego, więc wściekam się, ilekroć go słyszę: rośliny też czują ból! A później najlepiej jeszcze dorzucić mema, z którego wynika, że weganie i weganki powinni żywić się energią kosmiczną... Wiecie co? Dajcie mi sposób, a będę to robić, a na razie zastanówcie się, czy naprawdę nie możecie choćby odrobinę zmienić swojego życia, żeby ulżyć w cierpieniu niewinnym istotom.

niedziela, 1 grudnia 2019

Poprawiam aluminiową czapeczkę i lecę szukać kosmitów!

Przypominam, że we wpisach nie pojawiają się moje przekonania i poglądy.
Jeżeli ktoś zawitał tu po raz pierwszy, proszę, przeczytaj najpierw Założenia.


Myślenie boli. A samodzielne myślenie? To dopiero hardcore! Jeżeli nie jesteś przygotowany na traktowanie z góry, spojrzenia przepełnione politowaniem, a czasami i werbalne wyszydzanie, nawet tego nie próbuj. Nie wytrzymasz presji społeczeństwa.
Nadal tu jesteś? Ciekawe. Jeżeli naprawdę chcesz wysłuchać tego, co mam do powiedzenia, zapraszam, ale równocześnie uprzedzam — jeśli zaczniesz drążyć, zadawać pytania, mieć wątpliwości, nie ma dla Ciebie ratunku. Zostałeś skazany na los błazna podporządkowanej mainstreamowi masie posłusznych homo non sapiens. Jeszcze to czytasz? O cholera... pamiętaj — uprzedzałem.
Na początku musimy ustalić jedną rzecz — wszyscy jesteśmy osobami wierzącymi. Nie mam na myśli religii, choć później do tego przejdę, ale na tym etapie nie ma to nic wspólnego z duchowością. Musicie zrozumieć, że nie jest to teza, tylko nieuświadomiony fakt. Zaczęło boleć? Czujecie dyskomfort po tych słowach? To dopiero początek!
Dlaczego odważyłem się wypowiedzieć te słowa? Bo to prawda! Zastanówcie się — czy ktoś z Was rozumie świat, mechanizmy nim rządzące, potrafi opisać wszystkie procesy, które nas otaczają (począwszy od chemicznych, a na społecznych zakończywszy)? Jeżeli ktoś odpowiedział: Tak, nie wierzę Ci. Nasz świat zmienia się z dnia na dzień, jesteśmy zewsząd bombardowani informacjami, nowinkami technologicznymi, co chwilę są nowe odkrycia i nawet najtęższe umysły nie są w stanie przyswoić tak wielu danych. Nasz mózg stawia na uproszczenia. Większość ludzi wykreowało sobie wygodną, nienacechowaną pejoratywnie drogę wiary — naukę.
Może potrafisz opisać sposób, w jaki powstaje prąd, wliczając w to skomplikowane obliczenia. Być może potrafisz wytłumaczyć krok po kroku sposób działania smartfona. W to wierzę, ale nie wierzę, że istnieje osoba, która potrafiłaby wyjaśnić wszystko. Nawet najmądrzejsze osoby wierzą w coś, na co pozwala im wąski odbiór rzeczywistości.
Nie potrafimy wyjaśnić wielu zjawisk, więc wybieramy wierzenie w najbardziej prawdopodobną wersję. Problem jest taki, że... my tego nie wiemy, my w to wierzymy. Wierzymy w naukę, jak dawniej wierzono w bóstwa lub monoteistycznego Boga. Myślicie, że kapłani nie potrafili zmanipulować masami i nie dawali pozornie logicznych argumentów, dlaczego jest tak, a nie inaczej? Teraz mechanizm jest taki sam, tylko sposób się zmienił. Pod przykrywką racjonalizmu i oświecenia nadal nas ogłupiają albo dopiero będą to robić.
Nie domyślacie się, co mam na myśli? Im mniej rozumiemy świat, tym łatwiej jest nami manipulować. Bez społeczeństwa już teraz jesteśmy bezradni. Bez nowoczesnych technologii nie potrafimy żyć. Przedstawić Wam ten mechanizm? Proszę bardzo! Najpewniej poruszam się w kulturze chrześcijańskiej, więc proszę nie szukać podtekstów, że tę religię faworyzuję albo najbardziej potępiam.
Dawniej ksiądz był w stanie wykluczyć ze społeczności dowolną osobę, a ludzie dookoła godzili się na ten ostracyzm. Za fasadą miłosierdzia kryło się wiele zła, a osoby niegodzące się z dogmatem musiały liczyć się z konsekwencjami i albo zapomnieć o swoich poglądach, albo żyć w odosobnieniu, akceptując potępienie ze strony własnej społeczności.
Czy dzisiaj jest inaczej? A może dopiero nas to czeka? Wyobraźcie sobie, że zrezygnujemy całkiem z gotówki, a pieniądze będą jedynie walutą wirtualną (zabawne — pieniądze są symbolem kruszcu, a e-waluta symbolem pieniądza — operujemy symbolem symbolu!). Co wówczas będzie stało na przeszkodzie rządzącym (dawniej pomazańcy boży, dzisiaj wybrańcy oświeconego ludu), żeby jednym kliknięciem odebrać Ci cały dobytek i zniszczyć życie? Nic.
Ja na pewno nie. Co najwyżej z boku będę wszystko obserwował i odczuwał ponurą satysfakcję z możliwości spytania: A nie mówiłem? Jeżeli przeszkadza Ci ta wizja, może to czas, żeby zatrzymać się, zastanowić się, czy ten pęd za nowoczesnością, innowacyjnością, nauką, techniką, nie jest przypadkiem tym samym pędem, który już dawniej się odbywał, ale za innymi rzeczami, o których wiemy z perspektywy czasu, że nie wypaliły? Co się zmieniło, że teraz miałoby się udać? Ludzie? Nie rozśmieszajcie mnie.
Mam nadzieję, że przekonałem Cię do tego, że jesteś osobą wierzącą. To teraz uważaj, bo przechodzimy do tematów zahaczających o duchowość, a przede wszystkim o głęboko zakorzenione w naszej świadomości fundamenty wiedzy!
Czekajcie chwileczkę, założę jakiś płaszcz przeciwdeszczowy, bo zbierają się chmury gównoburzy.
Teoria Wielkiego Wybuchu, ewolucja — nie wierzę w nie. Mam wiele pytań, na które nauka odpowiada w sposób dostatecznie zawiły, żeby nikt tego nie zrozumiał. Ktoś może uznać — jestem zbyt głupi, szukam uproszczeń; jasne! To najwygodniejsze stanowisko, ale może najpierw wysłuchacie mnie?
Teoria Wielkiego Wybuchu jest najprostsza do zbicia, bo naukowcy sami uznają ją tylko za najbardziej prawdopodobną. Niezależnie od tego, jaką teorię dadzą, będę miał zasadnicze pytania: kto stworzył osobliwość? kto stworzył materię? kto stworzył prawa rządzące wszechświatem? W tych aspektach jestem za religiami monoteistycznymi, które wykręcają się w bardziej logiczny sposób — absolut jest niemożliwy do zrozumienia i to on stworzył wszystko. Naukowcy (żeby nie zostać wyśmianymi) muszą odrzucić ingerencję absolutu i na ślepo rzucają teoriami, które tylko częściowo da się potwierdzić. Nigdy też nie będą w stanie odpowiedzieć na jedno — jak z niczego powstało coś?
Tak tylko na boku rzucę, że chyba najciekawszymi mitami kosmogonicznymi są te słowiańskie — poczytajcie, naprawdę warto! W sumie nieocenzurowane greckie też są interesujące.
Ewolucja. Jeszcze szczelniej zapinam płaszcz i jazda!
Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że odrzucam całość tej teorii. Zgadzam się, że istnieją procesy, wskutek których zmieniają się określone cechy danego gatunku. Nie zgadzam się z całą resztą. I o ile w przypadku Teorii Wielkiego Wybuchu, raczej nie zanosi się na zmianę stanowiska, tak w przypadku ewolucji chciałbym w nią wierzyć. Próbuję, ale umysł swoje.
W wielkim skrócie teoria ewolucji wygląda tak: [Uwaga! Dla uproszczenia łączę dwie główne teorie powstania życia — samorództwa i zewnętrznej ingerencji — bo dla mnie obie są równie prawdopodobne.]
Była sobie Ziemia, a na niej praocean. W atmosferze wesoło zachodziły procesy chemiczne, a w efekcie licznych, spontanicznych syntez powstały związki organiczne. W Ziemię walnął meteoryt, na którym było jeszcze więcej dodatkowych substratów. To wszystko było poddawane nieustannym procesom chemicznym, co jest nazywane mianem zupy pierwotnej. A z tego wszystkiego powstał uniwersalny wspólny przodek dla całej przyrody ożywionej — komórka prokariotyczna.
Nasza dzielna komórka dzieliła się, robiła wszystko, co tylko mogła, żeby dać możliwość rozwinięcia się wszystkim gatunkom. Tryliony pokoleń później oto jesteśmy my, ludzie, potomkowie dzielnej komórki prokariotycznej.
Tak, wiem, wszystko powiedziane w tym tonie brzmi absurdalnie. Wybaczcie, więcej go nie użyję.
Problemem jest to, że szukam prac naukowych o ewolucji i wszystkie są tylko poszlakami. Przyznacie sami, że sformułowania w stylu w wyniku zmian ewolucyjnych organizmy wykształciły płuca nie brzmią dokładnie. Znalazłem nawet pracę polemiczną, w której odrzucono teorię, że oczy przekształciły się w wyniku wcześniejszych zmian płetw na kończyny. O nie! Autor daje rewolucyjne rozwiązanie — najpierw zmieniły się oczy, a dopiero później kończyny! Niesamowite, prawda? A ja tak tylko po cichu zadaję pytanie — jak?
Może wytłumaczę, co odrzucam w tej teorii. Wątpliwości nie wzbudza we mnie fakt, że małpy i ludzie mogliby pochodzić od wspólnego przodka (jak już wiemy — wszyscy pochodzimy od komórki prokariotycznej...), tylko zmiana środowiska.
Jestem w stanie zrozumieć to, że bioróżnorodność w danym środowisku mogła zajść za sprawą procesów ewolucyjnych. Jasne, nie ma problemu. Ale jak, u licha, wyjaśnić zmianę środowiska? Tego nijak nie mogę zrozumieć, a wszystkie argumenty trafiają jak kulą w płot. Zastanówcie się — nawet jeżeli organizmy miały na to miliony, miliard lat, nie wyjaśnia to tego procesu. Wyobrażam sobie jakieś rybopodobne stworzenie, które próbuje wyjść na ląd, a po jakimś czasie umiera w wyniku uduszenia. I tak za każdym razem. Miliony, miliardy lat, a w mojej wizji nie ma szczęśliwego zakończenia, tylko stosy ciał biednych rybopodobnych na brzegu.
W drugą stronę jest łatwiej, bo oddychać można na powierzchni, a następnie się zanurzać, jak czyni to większość ssaków, które upodobały sobie morza, oceany, rzeki i jeziora jako miejsce życia. Może znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy mi, dlaczego tym odważnym rybopodobnym się udało? Jestem otwarty na nowe teorie.
Nie daję Wam gotowych rozwiązań. Nie chcę, żebyście ślepo powtarzali moje słowa, ale może to dobry czas na refleksję, że czasem warto pytać. Jednak nie powinno się zapominać, żeby po drodze słuchać odpowiedzi i to na ich podstawie snuć własne teorie.

* * * 

Dzień dobry! Czy Wy też macie wrażenie, że bohater chciałby opowiedzieć coś jeszcze? 

Od siebie dodam, że jest  on poniekąd związany z teoriami spiskowymi, ale nie chciał mówić na ten temat bez mojej zgody. Co sądzicie o takim pomyśle? Pozwolić mu wygadać się do końca? 

Jeżeli przez dłuższy czas nie będzie żadnych komentarzy (lub tylko takie, w których zgadzacie się), dam bohaterowi powiedzieć resztę, która leży mu na sercu. Jeżeli uznacie, że to niepotrzebne, ocenzuruję niepokornego bohatera. ;)

czwartek, 21 listopada 2019

Prawda czy głupota?

Przypominam, że we wpisach nie pojawiają się moje przekonania i poglądy.
Jeżeli ktoś zawitał tu po raz pierwszy, proszę, przeczytaj najpierw Założenia.


Nie jestem święty, co to to nie. Nigdy tak nie uważałem. Wiecie, co jest najgorsze? Chciałem zmian, ale się nie da.
Nie będę przynudzał i opowiadał długą, wzruszającą historię nawróconego alkoholika. Każdy taką słyszał albo domyśla się, jak może ona wyglądać, a moja nie różni się zbytnio od pozostałych — miałem wszystko, wszystko straciłem. Jakie to typowe. Zdecydowanie ciekawsza jest historia mojego powrotu do społeczeństwa.
No dobra, macie mnie — skłamałem. Nie miałem wszystkiego i wszystkiego nie straciłem. Nie zmieniło się nic, kiedy zacząłem pić, ale kiedy zacząłem się leczyć, posypało się wszystko. Zadowoleni? Ja na pewno nie. 
Chciałbym, żeby moja historia była typowa, bo ją byłbym w stanie zrozumieć: idiota zaczął pić, czym zniszczył sobie życie, ale po latach nałogu wyszedł na prostą. Piękna historia. Może powtarzalna, ale piękna i logiczna. A co ja mam powiedzieć? To jakaś kpina, ponury żart, którego puenty chyba nigdy nie zrozumiem.
Mam dziewczynę, na którą nie zasłużyłem. Nadal mam pracę, którą zapewne za chwilę stracę. Wybudowałem dom. Bajka, nie? Też tak myślałem. 
A teraz chłopy, przyznać się — ilu z Was po pracy piwkuje sobie? Już czuję wzrok Ingi, którym wierci mi dziurę w brzuchu. No dobra, nie będę seksistą. Babki też mogą się przyznać, czy piją po pracy.
Ktoś powie: i co z tego? Też tak kiedyś myślałem. Byłem zestresowany, bo szef wiecznie warczał, bo raport się nie zgadzał, bo koledzy z pracy podłożyli świnię — no jak się nie napić, nie?  Otwierałem piwko i stres trochę puszczał. Byłem zadowolony, ale Inga... Nie powiedziałem jeszcze? Inga to moja dziewczyna. Więc właśnie ta Ingusia, pani mojego serca i jedyna radość w życiu, niekoniecznie była zachwycona tym sposobem na spędzanie wolnego czasu.
Żeby nie było! Nigdy nie było u nas w domu przemocy. Ta... kto moczymordzie uwierzy? Spytajcie jej, kiedy ją spotkacie. Ach tak, może być zastraszona... To nie wiem, co mam powiedzieć, żeby Was przekonać. Możecie uwierzyć mi na słowo? Dziękuję.
Może znowu skłamałem? Kłóciliśmy się o alkohol. To przemoc? Sam już nie wiem. Kłótnie nie były długie, bo żadne z nas nie traktowało pomysłu, żebym był alkoholikiem na serio. Po prostu chciała czasem gdzieś pojechać, a że bała się jeździć samochodem po mieście, ja robiłem za kierowcę. Jak możecie się domyślać — skoro piłem, to nie jechałem. Inga nie była zadowolona i stąd większość awantur.
Nie oceniajcie jej, proszę. W miejscach, w których się wychowaliśmy, alkohol był czymś normalnym. Nie uznawała mnie za pijaka, bo w pamięci miała obrazy z dzieciństwa meneli, którzy cały dzień spędzali albo na piciu, albo na szukaniu pieniędzy na picie. No czy ja mogłem jej wyglądać na osobę uzależnioną? Młody bóg pod krawatem? Rekin w świecie korposzczurów? Dobra, dość tej autoreklamy.
Nie mogę uciec od prawdy, że piłem. Dużo. Czasami cały weekend, a czasami weekendy spędzaliśmy gdzieś we dwójkę albo z najbliższymi znajomymi. Nie... wtedy też piłem. Znowu skłamałem.
Śmieszna rzecz z tym kłamstwem. Terapeuta uzależnień mówił mi, że alkoholik najpierw oszukuje siebie, później otoczenie, a na koniec powie wszystko, byle zdobyć alkohol. Jak myślicie? Powinienem go zmienić, czy ma chłop rację? Od czasu terapii obsesyjnie pilnuję, żeby mówić prawdę, jakby to miało mi w czymś pomóc... Chyba chcę po prostu znowu uzyskać kontrolę... Dobra! Już opowiem Wam, co mi się przytrafiło. Zgadzam się, trochę przydługi ten wstęp.
Ale czy jest o czym mówić? Wystarczy informacja, że żyjemy w chorym kraju, który woli ukrytych alkoholików niż leczących się alkoholików. Dlaczego tak myślę? Zapnijcie pasy, bo czeka Was jazda bez trzymanki po absurdzie lekarzy.
Inga dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że coś jest ze mną nie tak. Ponoć robiłem się marudny, kiedy musiałem danego dnia zrezygnować z piweczka albo czegoś mocniejszego. Naciskała, naciskała, aż w końcu dla świętego spokoju poszedłem do tego przeklętego terapeuty. Mam wykupioną prywatną opiekę medyczną u pracodawcy, to cieszyłem się, że przyoszczędzę (taki Janusz ze mnie!), a przy okazji uniknę kolejnych kłótni.
Byłem zachwycony własną przebiegłością; na luzie usiadłem na fotelu u terapeuty, a prawie godzinę później wyszedłem stamtąd załamany. Ja... byłem alkoholikiem? O nie! Nie jestem osobą, która ucieka od problemów. Zrobiłem wszystko, co mówił terapeuta, internety i Inga. No bo co? Ja nie dam rady? Trzymajcie mi piw... Nieważne...
Od pół roku nie piję alkoholu. Ani kropelki! Moja silna wola jest potężniejsza od głupiego nałogu! Ha!
Cały w skowronkach żyłem sobie z Ingusią u boku, aż tu nagle badania okresowe. Na początku nie przeczuwałem, że może zdarzyć się coś złego.
Zgadnijcie — co mogło pójść nie tak?
Lekarz nie wydał mi orzeczenia o zdolności do pracy, bo (uwaga!) jednym z czynników było kierowanie pojazdem, a leczę się w terapii uzależnień. Myślałem, że szlag mnie trafi.
To chyba wtedy zacząłem wątpić w zdanie terapeuty na temat kłamstwa. Jak idiota sam się przyznałem, a mogłem siedzieć cicho, chociaż... czy to by coś dało? Nie jestem pewien, ale chyba orzecznik nie powinien mieć wglądu do mojej dokumentacji, nawet jeśli to ta sama placówka, nie? Nie odpowiadajcie! Nie chcę wiedzieć.
Za dwa tygodnie kończy mi się ważność poprzednich badań i jestem, oględnie mówiąc, w ciemnej dupie. Mam możliwość odwołania się od decyzji — tak przynajmniej internety mówią — ale to zabierze mi zbyt wiele czasu i nie ma szans, żebym wyrobił się z terminem. Inna podpowiedź, którą wyczytałem, jest taka, żeby pójść do pracodawcy i poprosić o zmianę stanowiska, ale to nie wchodzi w grę.
To niby nie tragedia, bo z moim wykształceniem i doświadczeniem na pstryk znalazłbym sobie nową pracę, ale pracodawcy rozmawiają ze sobą, a w branży, w której pracuję (dość specyficznej), dyrektorzy i inne szychy są ze sobą po imieniu.
Jak mam powiedzieć Indze, że zostaniemy tylko z jej pensją? Wierzcie mi, nie chodzi tu o męską dumę, ale o nagły spadek standardów życia. Mamy jakieś oszczędności, więc nie będzie źle. Kupi mi to trochę czasu, żeby się przebranżowić, ale sam już nie wiem.
Zawsze najlepiej myślało mi się po alkoholu. Cholera!
Mogłem skłamać, nie? Nazwiecie mnie idiotą, że tego nie zrobiłem. Wiem, jestem ostatnim debilem, ale nie spodziewałem się, że wola leczenia zostanie ukarana. Człowiek uczy się na własnych błędach.


* * * * *

Dzień dobry! Tym razem próbowałam znaleźć trochę lżejszy temat i bohater sam z siebie zaczął opowiadać swoją historię mocno kolokwialnym językiem. Co o tym sądzicie? Powinnam na przyszłość temperować zapędy bohaterów, czy pozwolić im mówić, jak zechcą?

czwartek, 7 listopada 2019

Oceniaj w ciszy

Przypominam, że we wpisach nie pojawiają się moje przekonania i poglądy.
Jeżeli ktoś zawitał tu po raz pierwszy, proszę, przeczytaj najpierw Założenia. 


— Spłoniesz w piekle, gówniaro!
— Rzygać mi się chcę, jak na ciebie patrzę!
— Wybacz, ale tego nie można zrozumieć. Przepraszam, muszę wyjść.
— To obrzydliwe!
Pozwólcie, że najpierw opowiem Wam pewną historię, a dopiero później, jeśli będziecie mieli ochotę, zapoznacie się z kontekstem tych słów, które nieustannie padają w moją stronę. Proszę, choć raz dajcie mi szansę na opowiedzenie wszystkiego od początku do końca!

Blokowiska w Polsce nie są niezwykłym widokiem. Teraz choć odrobinę dba się o ich wygląd, ale dzieciństwo spędziłam w szarości i brudzie rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych. Gdzie się nie odwróciło, można było dostrzec dowód na to, że zmiana ustroju nie wszystkim wyszła na dobre. Tu jakiś pijak, który dawniej pracował w państwowym przedsiębiorstwie; tam zniszczone mienie, bo część ludzi nadal uważała, że wspólne oznacza niczyje. Być może ktoś jeszcze to pamięta i ma podobny obraz tamtego okresu, który nie jest spaczony wspomnieniami beztroskich lat młodości.
Sama byłam wtedy dzieckiem i niestety dostrzegałam tę szarość. Widziałam, jak rodzice z trudem wiązali koniec z końcem, jak męczyli się z różnymi sprawami, których wtedy nie rozumiałam. Rozumiałam natomiast, że było im źle, więc sama byłam smutna. Na szczęście ilekroć robiłam się przybita, jedna osoba niestrudzenie próbowała sprawić, by uśmiech zawitał na mojej twarzy — kilka lat starszy sąsiad, który miał mieszkanie tuż obok mojego.
Kiedy szliśmy na podwórko, leżący pod ławeczką menel nie był uzależnionym człowiekiem — nie! On był smokiem, który w każdej chwili mógł zionąć ogniem i dlatego musieliśmy przebiegać obok niego jak najszybciej. Obserwując brudne, szare bloki, nie widziałam ich szpetoty, tylko bajkowe góry, w których mieszkały magiczne stworzenia. 
Pani Kowalska nie była złośliwą staruchą, która wiecznie krzyczała na nas. To psota diablika sprawiła, że zrzędzicha zamieszkała w naszym bloku. Kim były zrzędzichy? Mój sąsiad to wyjaśnił. Zrzędzichy to istoty z czasów sprzed ludzi, które miały wielkie, czerwone policzki — takie jak pani Kowalska! — którymi odstraszały inne stworzenia, żeby się do nich nie zbliżały. Jad, który zrzędzichy miały na języku, sprawiał, że mówiły same niemiłe rzeczy. Sąsiad wytłumaczył mi, że wszystkim zrzędzichom należy współczuć, bo są bardzo samotne. Jak mogłam mu nie uwierzyć? Sami powiedzcie — kto by z taką wytrzymał?
Pan Masztalski, nasz dozorca, nie był opryskliwym, wiecznie pijanym awanturnikiem, tylko starzenikiem. Starzenicy, według sąsiada, dawniej strzegli bezbronne istoty przed tymi złymi, ale z biegiem lat okazywało się, że złych istot ubywało albo ukrywały się zbyt dobrze, żeby starzenicy mogli je wyśledzić. Dlatego zaczynali pić magiczne eliksiry, bo bez nich robili się agresywni, a wcześniej mogli tę agresję zrzucić z siebie na polu walki. Skąd ich nazwa? To połączenie słów starzec i strażnik. Kiedy duża grupa bezbronnych istot czuła się zagrożona, wybierali spośród siebie najstarszego i najbardziej doświadczonego, a potem, za pomocą magii, zmieniali go w potężnego wojownika, któremu niestraszne były nawet największe niebezpieczeństwa. Po tym wytłumaczeniu już zawsze kłaniałam się panu Masztalskiemu; w końcu bronił nasz blok przed takimi okropieństwami! 
Sąsiad stworzył cały bestiariusz otaczających nas ludzi. Niektórzy byli miłymi istotami, niektórym wystarczyło schodzić z drogi, a w przypadku najbardziej niebezpiecznych egzemplarzy — bijków, zanożników i ćpaluchów — kazał mi uciekać. 
Kiedy chodziłam do szkoły, sąsiad zawsze miał mnie na oku i pilnował, żeby nikt nie zrobił mi krzywdy. Raz nawet doszło do bójki, bo największy dryblas ze starszych klas zrzucił mnie ze schodów. Ależ mi wtedy zaimponował! Sąsiad, a nie dryblas, oczywiście! Czułam się jak księżniczka, którą uratował rycerz przed najgorszym bijkiem! 
Sąsiad wiedział, że przejmuję się problemami rodziców. Nie zawiodłam się na nim — wpadł na pomysł. Wspólnie chodziliśmy zbierać butelki, żeby oddawać je do sklepu. Nie wyobrażacie sobie, jaka byłam dumna, kiedy dawałam rodzicom te nędzne grosze, które wtedy wydawały się górami złota. A jak się rodzice cieszyli! Teraz wiem, że bardziej cieszyli się z mojej postawy, a nie z pieniędzy... Tęsknię za tymi czasami.
Z biegiem lat byliśmy z sąsiadem coraz bliżej. Nikt inny nie rozumiał mnie tak dobrze. Koleżanki i przyjaciółki może w niektórych sprawach były większym oparciem, ale z tymi najpoważniejszymi problemami zawsze przychodziłam do sąsiada. On również mógł na mnie liczyć, a naszą przyjaźnią nigdy nic nie zachwiało.
Pamiętam pierwszy dzień studiów bardzo dokładnie — jak mogłabym nie pamiętać? To dzień, w którym zginęli moi rodzice. Wróciłam z uczelni taka szczęśliwa! Myślałam, że mam cały świat na wyciągnięcie ręki! Po drodze kupiłam ciasto, żeby wspólnie z rodziną i sąsiadem uczcić ten dzień — to było moje święto. 
Weszłam do mieszkania i zdziwiłam się; dlaczego było tak cicho? Przecież tata zawsze popołudniami oglądał telewizję, a mama, czekając na mój powrót, plotkowała z ciotką przez telefon. Byłam trochę zła, że zapomnieli o moim wielkim dniu. Myślałam nawet, że zemszczę się na nich i kiedy spytają: jak minął dzień? nie opowiem im, a ciasto zjem sama. 
Weszłam do kuchni i dostrzegłam sąsiada, który siedział przy stole. Był taki blady! Zauważyłam napoczętą butelkę wódki i już otwierałam usta, żeby go opieprzyć — wiedział, że nie lubię alkoholu — ale kiedy na mnie spojrzał, nie odważyłam się tego zrobić. Już wiedziałam, że coś się stało.
Kilku następnych dni nie pamiętam. Jedynie krótkie przebłyski zostały mi w pamięci, ale nie tworzą one  logicznego ciągu. Przyjazd rodziny, zapach ziemi, który ilekroć od tamtej pory czułam, zbierało mi się na wymioty, ciemność w pustym salonie. Nie potrafię przypomnieć sobie wizyt w urzędach, pogrzebu, stypy — wszystkim zajął się sąsiad, który za mnie myślał, za mnie wszystko przygotowywał i jeszcze znalazł siły, żeby zająć się mną. 
Nie pamiętam, ile dni trwałam w takim stanie zawieszenia. Sąsiad nie spał już u siebie, tylko zagnieździł się w salonie. Miałam wrażenie, że chciał wypełnić pustkę po osobach, które powinny tam być. 
Pewnego dnia poszłam do niego, żeby pomóc mu walczyć z tą pustką. Nie było w tym nic dziwnego — od zawsze szukałam jego pocieszenia. Ale tym razem poza zwykłym uściskiem, potrzebowałam czegoś jeszcze. Nie miał nic przeciwko. Chyba oboje czuliśmy się lepiej, pewniej, mniej osamotnieni. Nigdy nie zapomnę jego smutnego wzroku, kiedy po wszystkim powiedział mi, że nie powinniśmy. A ja... wiedziałam. Wiedziałam, ale kochałam go zbyt mocno, żeby przejmować się czymś tak nieistotnym. On był moim oparciem od zawsze — odpędzał straszne demony, troszczył się o mnie, na każdym kroku okazywał miłość. Jak mogłam przejmować się czymkolwiek?

Piękna historia, prawda? O prawdziwej miłości. Najprawdopodobniej większość z Was już się zorientowała, ale dla tych mniej uważnych dam podpowiedzi — zmieńcie mieszkanie tuż obok mojego na pokój tuż obok mojego i sąsiad na brat. I jak? Historia nadal piękna czy już odpychająca?
Zdajecie sobie sprawę, ile razy wątpiliśmy w słuszność tego pomysłu? Takie gadki — miłość jest najważniejsza albo miłość wszystko zwycięży — są tylko pustymi frazesami, bo ta miłość musi być jeszcze akceptowalna. Homoseksualiści, transseksualiści i wszystkie inne mniejszości? O jakiej dyskryminacji oni mówią? Za każdym razem zabija mnie pusty śmiech. Nie mają przywilejów i co z tego? Powiedzieć Wam, co mnie i mojego brata czeka? Cytuję Kodeks Karny: Kto dopuszcza się obcowania płciowego w stosunku do wstępnego, zstępnego, przysposobionego, przysposabiającego, brata lub siostry, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
Najgorsza jest ta... bezsilność. Dawniej czułam złość, ale już nie mam siły złościć się na niesprawiedliwość i okrutny los, który sprawił, że kocham brata mocniej, niż powinnam. Wiele razy próbowaliśmy to uciąć, ograniczaliśmy kontakty, ale... Próbowaliście kiedyś odsunąć się z dnia na dzień od partnera albo partnerki? Nawet jeśli tak, to być może mogliście liczyć na oparcie kogoś bliskiego, a ja? Mam brata. I ciotkę, która jako jedyna mieszka w Polsce i która nas przeklęła na wszystkie możliwe strony po tym, gdy nas przyłapała. Reszta rodziny porozjeżdżała się po różnych zakątkach świata, a dziadkowie od dawna nie żyją.
Przyjaciele? Nie mam takowych. Próbowałam opowiedzieć tę historię najbliższej przyjaciółce. Na szczęście i ona, i ciotka nie złożyły doniesienia do prokuratury, ale to wszystko, co dla mnie zrobiły. Próbuję znaleźć oparcie w Internecie, ale chyba na próżno szukam. Gdzie tylko nie zajrzę, wszyscy mają, łagodnie mówiąc, niezbyt przychylne opinie.
Może Wy mi poradzicie, co mam zrobić?
Na razie wyprowadziliśmy się z bratem do większego miasta. Tu nikt nas nie zna, ale co to za życie? Na każdym kroku uważamy, żeby nie zdradzić się, żeby nikt nie zaczął snuć podejrzeń. Mieszkamy razem, ale mamy osobne sypialnie, w razie gdyby ktoś nieoczekiwanie przyszedł z wizytą. Zdobyliśmy kilku znajomych, którzy nigdy nie staną się przyjaciółmi — jak moglibyśmy okłamywać przyjaciół?
Dawniej pragnęłam dużej rodziny — męża, psa, domku na wsi i gromadki dzieci. Teraz tylko brat jest w stanie mnie uspokoić, kiedy zaczynam płakać z żalu. Dzieci nigdy nie będzie. Nawet gdyby prawo było przychylne takim zwyrodnialcom jak my, nie podjęlibyśmy tej decyzji ze względu na powikłania. Nie istnieje dla nas alternatywa w postaci adopcji. I nawet w tym przypadku przepełnia mnie zazdrość wobec innych mniejszości seksualnych. Oni choćby w teorii mogą wyjechać za granicę i jakimś cudem adoptować, a my? My jesteśmy niebezpiecznym elementem, który należy zamknąć w więzieniu, bo odważyliśmy się pokochać.
Nie zakazuję Wam mnie oceniać, ale proszę, róbcie to w ciszy. Nie wiem, ile jeszcze obelg zniosę.

środa, 30 października 2019

Dzietna lambadziara

Przypominam, że we wpisach nie pojawiają się moje przekonania i poglądy.
Jeżeli ktoś zawitał tu po raz pierwszy, proszę, przeczytaj najpierw Założenia.


Czy byliście kiedyś w sytuacji, gdy na każdym kroku spotykaliście się z potępiającymi spojrzeniami? Czy będąc w sklepie, macie wrażenie, że większość osób w kolejce ma ochotę Was zamordować? Czy kiedy idziecie do przychodni, siedzicie w poczekalni, inni pacjenci rzucają Wam pełne pogardy spojrzenia? Nie? To zapraszam na historię o kobiecie w ciąży, która na dodatek ma dwójkę małych dzieci.
Zapewne większość osób czytających wpis ma pewne skojarzenia na mój temat — patologia, 500+, pasożyt, pijaczka, margines społeczny, dzieciaki tylko dla hajsu na tipsy zrobiła. Dziękuję Internetowi za tak wspaniale wykreowany obraz matki. Przepraszam! Madki. Jak mogłabym zapomnieć...
Nie każdy chce słuchać, że wraz z mężem podjęliśmy decyzję o posiadaniu dzieci świadomie, że pierwsze pojawiło się na świecie jeszcze zanim 500+ zaczęło funkcjonować. Nie. Wszyscy wiedzą lepiej ode mnie, dlaczego chciałam mieć dzieci. Bo wiecie, to interes życia — dostawać tysiąc pięćset złotych miesięcznie za przynajmniej osiemnastoletnią opiekę nad jednym bombelkiem. Chyba rzucę pracę i zacznę... Moment, moment... jaką pracę?
Jeżeli to dla Was zaskoczenie, że madka może pracować, mam dla Was jeszcze większą niespodziankę — pracuję w czasie ciąży. Niesamowite, prawda? Oczywiście, gdyby ciąża była zagrożona, od razu poszłabym na L4, ale wyszłam z założenia, że skoro czuję się dobrze, to po co rezygnować z czegoś, co sprawia mi przyjemność?
W pracy też nie jest kolorowo. Koleżanki z biura krzywo patrzą na mój rosnący brzuch i coraz częściej mam wrażenie, że powinnam iść do specjalisty, bo niemal słyszę ich myśli:
— Cholera! Będę musiała przez nią zasuwać dwa razy więcej!
— Ta to ma dobrze! Popracuje jeszcze tylko kilka miesięcy i czeka ją laba.
Pisząc to, dochodzę do wniosku, że chyba naprawdę czas na wizytę u psychologa, bo powoli nie wytrzymuję. Ile jeszcze mam cierpieć za to, że chciałam mieć dzieci? Z każdej strony jestem atakowana. Wykonuję normalne dla każdego człowieka czynności, będąc w ciągłym stresie. Nakrzyczy na mnie? Obrazi? Zacznie narzekać na moją roszczeniową postawę? Mam dość! 
Wyobraźcie sobie, że powoli przestaję mieć ochotę na robienie zakupów, które wcześniej sprawiały mi przyjemność. Może to dziwne, ale lubiłam szwendać się po supermarketach, szukać promocji i odczuwać satysfakcję, gdy w osiedlowym sklepiku znalazłam tańszy produkt. Każdy ma jakieś dziwactwa, a to moje było całkiem nieszkodliwe — do czasu. Teraz widzę wzrok ludzi, którzy obserwują wędrówkę ciężarnej po sklepie i mam wrażenie, że gdyby tylko mogli, gdyby tylko nie było to karane, stratowaliby mnie w drodze do kas. Nie jestem roszczeniowa. Naprawdę! Tylko raz, kiedy czułam się tragicznie, poprosiłam o przepuszczenie. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu. Jakaś kobieta nawet popchnęła mnie i warknęła:
— Po co rozkładałaś nogi? Puściłaś się, to teraz męcz się!
Nie powiem, zabolało. Nie wykłócałam się, tylko jak to cielę stałam w ogonku kolejki i gdyby nie kasjerka, zapewne odstałabym swoje. Zapytacie — co w tym dziwnego? Powinnam jak każdy człowiek czekać na swoją kolej. Otóż — nie. To była kasa z pierwszeństwem dla kobiet w ciąży. Ależ ze mnie roszczeniowa madka! 
O lekarzu coś tam napomknęłam na samym początku. Pozwólcie, że trochę to rozwinę.
Nie muszę chyba nikomu o tym przypominać, ale na wszelki wypadek to zrobię: wbrew powszechnej opinii przyszłe madki nie wymyśliły sobie, że niekiedy mają pierwszeństwo — są na to odpowiednie przepisy. Nie wierzycie? Trudno. Możecie poszukać w Interncie informacji na ten temat, bo nie mam zamiaru po raz setny powtarzać zapisów prawnych. 
Nie będę przytaczać wszystkich przepychanek słownych z rejestratorkami i pacjentami, bo zapewne zanudziłabym Was na śmierć. To trochę niepokojące, że osoby teoretycznie znające przepisy, nie rozumieją, że sama znajomość nic nie znaczy i powinny je jeszcze respektować. Nie. To moja wina, że przychodnia ma podpisaną umowę z NFZ. To moja wina, że jestem świadoma swoich praw. O ile sytuacje w sklepie (i inne, które opiszę) sprawiają, że nie jestem w stanie zabrać głosu, żeby się obronić, tak w przypadku wizyt u lekarzy nie mam skrupułów. Od mojej pewności siebie i umiejętności dochodzenia swoich praw zależy zdrowie, a może nawet życie — moje i dziecka. To zbyt istotna sprawa, żeby stulić uszy po sobie i potulnie przytakiwać innym.
Jeżeli zastanawialiście się, co jest moją najgorszą zmorą życia codziennego, chętnie odpowiem. Wyjście z domu. Nie ma to znaczenie, gdzie idę, po co idę, jak długo będę poza moim azylem, zawsze znajdzie się przynajmniej jedna osoba, której przeszkadza, że oddycham tym samym powietrzem, co ona. A nie daj Boże będę jechać komunikacją miejską — z dziećmi czy bez. 
Zazwyczaj staram się jeździć samochodem, bo to wygodniejsze i bezpieczniejsze dla mnie, ale są takie sytuacje — kiedy zepsuje się samochód albo zapodzieję gdzieś prawo jazdy — że jest to niezbędne. Przysięgam, że kiedy tylko wchodzę do tramwaju albo autobusu, nagle robię się niewidzialna, zwłaszcza dla osób siedzących na miejscach przeznaczonych dla kobiet w ciąży.
Sama niewidzialność mi nie przeszkadza, znacznie bardziej przerażające są sytuację, w których jestem widoczna dla otoczenia. Wówczas modlę się o powrót do stanu niewidzialności.
Krzywe spojrzenia, złośliwe uwagi — to moja codzienność. Codziennością stały się też ataki w stronę moich dzieci, które są nazywane mianem: rozpuszczonych bachorów, cholernych bombelków, pieprzonych gówniarzy.
Nie mam pojęcia, skąd bierze się ta agresja. Nikomu nie zawadzam. Jeżeli dziecko płacze albo marudzi, uspokajam je jak najszybciej. To za mało. Powinnam po kryjomu, w odosobnieniu, urodzić, wychować i dopiero u progu dorosłości wypuścić latorośle do świata zewnętrznego. Niestety tak się nie da. Smutne jest to, że naprawdę żałuję, że nie mam takiej możliwości.
Co mam zrobić, kiedy źle się czuję, jadę tramwajem, a ludzie nie ustępują mi miejsca? Zazwyczaj milczę i w duchu odliczam, ile przystanków mi zostało, ale... to na pewno powinno tak wyglądać? Co mam zrobić, kiedy będę z dziećmi na ulicy, a jedno z nich przewróci się i zapłacze? Zabić za płacz? Mam wrażenie, że dla niektórych i ta reakcja byłaby zbyt mało stanowcza.
Nie liczę na współczucie. Nie liczę na pomoc. Pozostaje mi mieć nadzieję, że dożyję czasów, kiedy posiadanie dzieci i bycie w ciąży na powrót będzie uznawane przez społeczeństwo za coś normalnego, a nie za coś, co można wyszydzać. 

Założenia

Mam nadzieję, że wszystko spisałam w sposób zrozumiały, by nie pozostawić miejsca na wątpliwości, w jakim celu został założony ten blog. 

  1. Poglądy. W żadnym wypadku nie pragnę zmieniać Twojego światopoglądu. Jest to indywidualna sprawa każdego z nas, a ja jedynie będę próbowała przedstawić jeden, jasno określony sposób spojrzenia na dany temat.
  2. Nie przedstawiam swojego stanowiska. Chciałabym zaznaczyć, że wszystkie wpisy będą eksperymentem myślowym, pewnego rodzaju próbą wczucia się w osobę, która stara się przekonać wszystkich do swoich racji. Bohaterami będą osoby, które za moim pośrednictwem (czy też za pośrednictwem wpisów) będą mamić, kusić, przeciągać na swoją stronę.
  3. Zabawa, a nie agitacja! Gdybym napisała, że nie zgadzam się z każdym napisanym zdaniem, skłamałabym. Być może z niektórymi prezentowanymi treściami utożsamiam się w połowie, jednej trzeciej, a może tylko w jednym procencie, ale zawsze będzie to dla mnie przede wszystkim zabawa. Proszę pamiętać, że twórcami wpisów są bohaterowie, a nie ja. ;)
  4. Język. Zdaję sobie sprawę, że najlepiej jest zachować spójność i to też będę starała się uczynić, ale jestem tylko człowiekiem, który pełen jest sprzeczności. Momentami czuję się jak nastolatka, w której buzują hormony, zdarza się, że nie mogę zapanować nad oficjalnymi sformułowaniami, a czasami klnę jak kloszard spod monopolowego. Niemniej obiecuję, że każdy post będzie możliwie ujednolicony. 
  5. Argumenty. Proszę pamiętać, że bohaterowie sięgną po wszystkie możliwe chwyty, żeby przekonać Cię do swojego stanowiska. Niekoniecznie muszą być to trafne spostrzeżenia, podparte badaniami albo jakimiś źródłami. O nie! Granie na emocjach? Wzbudzanie poczucia winy? Nie zawahają się ich użyć! Tylko od Ciebie zależy, jak potraktujesz ich wpis. Zmusi Cię do przemyśleń? Zignorujesz go? To Twoja decyzja.
  6. Tematyka przypadkowa. Pomysł na założenie bloga był inny, ale ewoluował. Początkowo chciałam pisać tylko teksty polemiczne do moich poglądów, żeby poznać sposób myślenia drugiej strony, ale szybko z tego zrezygnowałam. Nie chcę, żeby ktokolwiek poznał moje przekonania na tyle dobrze, żeby był w stanie powiedzieć cokolwiek na temat autorki bloga. To bohaterowie mają mówić, a nie ja. Nie zawsze będą to wpisy kontrowersyjne — nie chcę być kojarzoną tylko z tym. 
  7. Na poważnie?  Dla bohaterów możliwość podzielenia się swoim zdaniem jest jak najbardziej ważna i chcieliby, żeby każdy wpis traktować z szacunkiem i powagą. Momentami mogą pojawić się elementy humorystyczne, ale bohaterowie zrobią to tylko po to, żeby wzbudzić sympatię dla swoich poglądów. Nie wykluczam, że z czasem pojawią się jakieś typowo satyryczne wpisy, ale odpowiednio to otaguję i w poście również zwrócę na to uwagę. 
  8. Tytuły. Sama nazwa bloga powstała w oparciu o pomysł, żeby nowy czytelnik choćby ze zwykłej ciekawości zajrzał tutaj. Tak samo z tytułami wpisów; będą one sugerować jedynie tematykę omawianą w nim, ale wydźwięk może być zgoła inny niż prezentowane poglądy. Czasami tytuł może być wyolbrzymiony, czasami humorystyczny, a czasami kontrowersyjny. Taki chwyt marketingowy. ;)
  9. Komentarze. Domyślam się, że większość ludzi z blogosfery stawia na anonimowość i nie chce, żeby jego przekonania z realnego świata zostały przeniesione do wirtualnego. Szanuję takie podejście — sama założyłam nowe konto, więc marudzenie w tej kwestii byłoby hipokryzją. ;) Nie wiem, jakie zainteresowanie wzbudzi taka tematyka, ale jeśli tylko kwestia braku anonimowości odstrasza Cię od pozostawienia komentarza, zachęcam do skorzystania z opcji Anonimowy. Chciałabym poznać Twoje zdanie (na temat bloga, wpisu, tematyki, wszystkiego!), nawet jeśli nie będę w stanie dopasować go do nazwy użytkownika. 
  10. Dialog. To pierwszy i (mam nadzieję) ostatni raz, kiedy wprost przekazuję swoje przekonanie. Uważam, że żyjemy w społeczeństwie do tego stopnia spolaryzowanym, że powoli tracimy zdolność do komunikowania się z przeciwną stroną. Niekoniecznie musimy podzielać radykalne poglądy, żeby z trudem wysłuchać naszego oponenta. Chciałabym to zmienić, ale nie mam odpowiednich narzędzi i możliwości. Ten blog (ponownie — mam nadzieję) będzie miejscem, gdzie najróżniejsze postawy i poglądy zostaną przedstawione bez oceniania. Jeżeli znajdziesz potwierdzenie swoich przekonań — świetnie! Jeżeli postawa jest ci obca, niezrozumiała, być może będzie to okazja do refleksji.